Wyniki konkursu Dnia Różowej Sukienki 2012 r.



Wyniki konkursu Dnia Różowej Sukienki 2012 r.

Poniżej zamieszczamy zwycięzkie opowiadanie Pani Heleny.

Serdecznie zapraszamy do lektury.
15 grudnia 2012 roku, odbyła się I Edycja Dnia Różowej Sukienki. Jednym z elementów tego projekty, był konkurs w którym nagrodą jest publikacja wyróżnionych prac na stronie www naszej organizacji.

15 grudnia 2012 roku kapituła konkursu w składzie:

Bernadeta Szczypta - dziennikarka Polskiego Radia Rzeszów,
Beata Terczyńska - dziennikarka Gazety Codziennej 'Nowiny"
Konrad Dudek, dziennikarz TVP Rzeszów

wyróżniła 3 prace:
- Pani Heleny W.
- Pani Jadwigi D.
- Pani Marty Z.

Laureatką serdecznie gratulujemy i dziękujemy.

Poniżej zamieszczamy zwycięzkie opowiadanie Pani Heleny.   

Serdecznie zapraszamy do lektury.

Kiedy patrzę w lustro

      Jako nastolatka czytałam Księgę Hioba, zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Uświadomiła
mi, że człowiek może przetrzymać wszystkie cierpienia i, że nic nie jest nam dane na zawsze.

    Kiedy było mi w życiu źle, przypominałam sobie Hioba. Nie sądziłam, że kiedyś doświadczę prawdziwego cierpienia, bólu, niepewności jutra, strachu, okaleczenia i podobnie jak Hiob będę musiała dźwigać swój krzyż cierpienia z wiarą i pokorą. Mając 48 lat i dobre życie przed sobą, zachorowałam na hormonozależnego raka piersi.

    Był marzec 2005 roku. Było zimno, mokro, śnieżnie i paskudnie, a do tego diagnoza po biopsji: rak piersi z przerzutami do węzłów chłonnych. Co wtedy myślałam? Nic. Zastygłam jak sopel lodu. Kiedy znalazłam się domowej ciszy, powoli „topniałam”. Nie poddam się, będę walczyć. Wracało logiczne myślenie i żal, że wykonując systematycznie USG piersi i mammografię (2 razy w roku USG i raz mammografię) lekarz zauważył guza dopiero jak powstały przerzuty do węzłów pod pachą, które wcześniej wykryłam sama w badaniu palpacyjnym. Dziś nie mam zaufania do badań mammograficznych i USG. Z całą pewnością mogę stwierdzić, że najbardziej dokładne badanie piersi to ręce onkologa, a potem cała reszta.

      O raku wiedziałam dość dużo, budził we mnie przerażenie i strach. Nieproszony gość, który zajmuje twoje ciało i zabija cię żeby zginąć razem z tobą. Inteligentny stwór trudny do zniszczenia. Po zrobieniu wielu badań pomocniczych wiem, że czeka mnie nierówna walka z rakiem. Muszę jak żołnierz dobrze się przygotować i walczyć do końca. Wiem, że w tej walce mogę zginąć, albo przeżyć, ale bez walki mogę tylko zginąć. Wybieram walkę, zaczynam inne życie. Jestem osobą wierzącą więc mam nadzieję, że może z pomocą Boga jakoś mi się uda. Mam tydzień czasu aby zgłosić się do kliniki onkologicznej z wynikami badań na konsultacje. Muszę o chorobie poinformować rodzinę, pracodawcę i przyjaciół. Uporządkować wszystko co się da – przecież idę „na wojnę”. Po biopsji potwornie boli mnie pierś, mam uczucie, że guz rośnie jak pompowana piłka. Tracę siły, a tu tyle do zrobienia. Zbliżają się święta Wielkanocne, w moim kościele jest spowiedź. Czuję wewnętrzną potrzebę aby jeszcze tutaj uporządkować swoje życie. Jestem już spakowana, prawie wszystko zrobiłam więc mogę spokojnie iść do spowiedzi. Muszę
to zrobić, bo moje chore ciało nie pokona niczego jeżeli będzie chora moja dusza. Muszę mieć pewność, że zrobiłam wszystko co do mnie należy. Wiem, że ból psychiczny jest większy od fizycznego. Nie ukoją go żadne środki przeciwbólowe. Cały czas towarzyszy mi silny ból w klatce piersiowej, ale nie biorę leków przeciwbólowych. Chcę logicznie myśleć. Boję się, że jak uśmierzę ból, to zacznę się potwornie bać i mogę nie mieć siły nic zrobić. Spowiedzi tej nigdy nie zapomnę. Już nie pamiętam co mówił do mnie ksiądz ale wiem, że dał mi siłę i nadzieję. Zrobił coś jeszcze, kiedy odchodziłam od konfesjonału spojrzałam na niego, a on się wychylił i pobłogosławił mnie znakiem krzyża. Ten znak towarzyszył mi przez całą chorobę. W chwilach największego cierpienia odczuwałam wewnętrzny spokój. Akceptowałam to co mnie spotkało. Rak piersi był w III stopniu zaawansowania , hormonozależny, z wynikiem histopatologicznym o największym stopniu agresywności. Utraciłam pierś i większość węzłów chłonnych w dole pachowym. Czekało mnie długie i ciężkie leczenie z trudno przewidywalnym skutkiem i rehabilitacja ręki. Kiedy byłam zdrowa nie doceniałam wartości życia. Teraz tak bardzo chciałam żyć. Dlatego utrata piersi nie zrobiła na mnie większego wrażania, odczułam ulgę, bo pozbyłam się bólu. Kiedy zobaczyłam bliznę pomyślałam o chirurgu, jak pięknie to wykonał.

    Najbardziej bałam się obrzęku limfatycznego ręki. To nie tylko boli, ale jest przerażające. Szkoda, że tak mało się o tym mówi pacjentom i nie uczula na to zagrożenie. Miałam to szczęście, że na rehabilitację trafiłam do Centrum Onkologii w Warszawie i na świetnych rehabilitantów oraz psychookologów. Leczenie zaczęłam od 6 kursów chemioterapii tzw. „czerwonej” - najbardziej agresywnej. Straciłam włosy, brwi, rzęsy. Najbardziej cierpiałam kiedy wypadały włosy, bo strasznie bolała mnie głowa. Nie mogłam położyć głowy na poduszce, bo czułam ból w miejscu każdego włosa. Przez pół nocy wyrywałam wychodzące spod skóry włosy i wrzucałam do kosza. Im mniej zostawało ich na głowie tym ból był łatwiejszy do zniesienia. Mogłam położyć głowę na poduszce i zasnąć. Rano dokończyłam dzieła. Na głowie zostało tylko kilka żałosnych kępek, które później zgoliłam u fryzjera na łyso. Stałam przed lustrem i patrzyłam na siebie. Zobaczyłam jak po pierwszym kursie chemii zmieniłam się z motyla w poczwarkę.

    Milczałam, patrzyłam i zadawałam sobie pytanie: co mnie jeszcze spotka. No cóż, żaden żołnierz na wojnie nie wygląda dobrze. Muszę coś z tym zrobić. Robię staranny makijaż. Rysuję nawet brakujące brwi, zakładam czarne szerokie spodnie z rozcięciami po bokach, różowy sweterek , czarne szpilki i na łysą głowę letni beżowy kapelusik. Jest super. Udało się ukryć „poczwarkę’’. Nie będę nosić peruki, chcę wyrazić swój protest aby świat akceptował nas takimi jakimi jesteśmy w chorobie. Akceptuje się łysych mężczyzn, ale nie akceptuje się łysych kobiet. Dlaczego? Przez całą chemioterapię i radioterapię zawsze mam makijaż, kobiece sukienki, kapelusze i szpilki, które czasami noszę w torebce, kiedy chwieję się na nogach z osłabienia. To bardzo pomaga. Ludzie mnie inaczej odbierają. Na leczenie jeździłam autobusem do Warszawy. Kiedy wysiadałam na dworcu prawie zawsze podchodzili do mnie ludzie z prośbą o pieniądze na leczenie lub jedzenie. Oceniali mnie po wyglądzie. Kiedyś w Rzeszowie podszedł do mnie pan, który zbiera datki przy dworcu na piwo i poprosił o pieniądze, bo jest chory na cukrzycę. Wówczas odpowiedziałam mu, że ja jestem chora na raka i jak zacznę wszystkich wspomagać to samej mi zabraknie. Nigdy nie widziałam człowieka, który na moje słowa strasznie się zmieszał i powiedział: „to nic, że jest pani chora na raka, ale jaka pani jest piękna”, poczym szybko odszedł.
Stałam i zastanawiałam się czy mnie byłoby stać na takie eleganckie wyjście z tej sytuacji. Ten prosty biedny człowiek ze swoimi ułomnościami zyskał w moich oczach ogromny szacunek. Podszedł do mnie, bo miałam na głowie naprawdę ładny kapelusz i elegancki strój. Oceniamy ludzi po wyglądzie, dlatego kobiety chore na raka i leczone chemioterapią tak bardzo boją się efektów ubocznych leczenia. Boimy się, że ludzie będą się nas bali, że nas nie zaakceptują. Niestety w „świecie motyli”, każda poczwarka będzie brzydsza nawet od fałszywego motyla, dlatego nasze starania o wygląd zewnętrzny muszą być dużo większe niż u kobiet zdrowych. Chemioterapia, radioterapia i późniejsze 5 letnie leczenie hormonalne do tych wszystkich okaleczeń dołożyły mi jeszcze 15 kg wagi. Byłam jak piłka z twarzą okrągłą jak księżyc. Nazywałam to „chemiczną twarzą”, która wygląda jakby nam ktoś wstrzyknął zbyt dużą dawkę botoksu. Cóż trzeba było zaakceptować rozmiar 44, chociaż miałam całe życie 36. Z takim defektem jesteśmy akceptowane, bo większość kobiet ma duży rozmiar. Po 9 miesiącach leczenia byłam tak słaba, że chwiałam się na nogach. Zrezygnowałam z pracy chociaż tak
bardzo pragnęłam do niej wrócić ale zabrakło sił. Firma, w której pracowałam bardzo mi pomagała i chciałam tam wrócić, by spłacić zaciągnięty dług. Niestety takiego pracodawcy się nie oszukuje. Przeszłam na rentę i zaczęłam zmieniać swoje życie. Przewartościowałam je niemal o 360 stopni.

    Choroba była w remisji. Walka z rakiem zakończyła się rozejmem, który trwa do dziś.

    Kiedy dzisiaj patrzę w lustro widzę kobietę, która odnalazła samą siebie, śmieje się oczami, bo cieszy ją każda chwila, każdy drobiazg. Ta kobieta już nigdzie nie pędzi, stara się żyć w harmonii
ze swoim ciałem i umysłem. Smakuje życie delikatnie, powoli jakby było z porcelany. Dostrzega jak wielu jest dobrych ludzi. Ma marzenia, które czasami się spełniają. Kocha podróże, muzykę poważną, malarstwo i przyrodę. Jest zadbana i subtelna. Czy to naprawdę ja? Pytam samej siebie, bo kiedy zamykam oczy to widzę żołnierza z blizną na piersi i niesprawną ręką. Takiego twardziela, który się modli aby rozejm trwał jak najdłużej, bo boi się wojny. Modli się również za tych, którzy w czasie walki z rakiem nie zostawili go samego. Wspierali, pomagali i są z nim teraz. To lekarze, koleżanki z pracy, szef, rodzina.


    Muszę wymienić ich imiona, bo bez nich pewnie w tym lustrze mój portret pewno byłby zupełnie inny.
- Paweł P., Bogdan i Bożena P., Jakub K., Ania G., Zosia I., Ewa S- N., Irena K.,  Małgosia M., Danuta W., Janina S., Tadeusz M., Jerzy R., Mieczysława i Piotr Ż., Ewa K., Barbara F.- T., Andrzej M.

    Cieszę się, że tak wiele osób wokół mnie jest mi życzliwych. Staram się być podobna zewnętrznie do tej kobiety na zdjęciu z 2003r., ale tylko zewnętrznie, bo moje wnętrze jest dużo ładniejsze niż przed chorobą.


H.W. 
PARTNERZY
 

 
Tworzenie stron WWW - Kreator stron internetowych